Urlop dla Mózgu

Urlop-dla-Mozgu

Sprawa wydaje się prosta – każdy wie, co go interesuje, co lubi robić i w czym jest dobry. Ta sama sprawa momentalnie się komplikuje, gdy pada pytanie o konkrety, bo… co ja właściwie lubię robić? No, pracuję, ale czy lubię to, co robię? Czy gdyby tego nie było, byłbym smutny? A może zadowolony? Jeśli zadowolony to chyba jednak tego nie lubię, ale jakie to ma znaczenie? Co ja lubię robić? To co wszyscy: oglądać filmy, czytać, jeździć na rowerze, grać na komputerze, może na instrumencie, albo tańczyć… ale… czy to o to chodzi? Przecież bez wszystkich tych czynności mogę żyć, a tu chodzi o coś innego, o coś takiego, bez czego czułbym się naprawdę źle. No bo skoro niektórzy tak mają, to ja też mogę! Ja też tak chcę! Ale przecież jeśli spędzam większą część dnia w pracy, to skąd potem mam wziąć siłę na szukanie hobby? Albo lepsze pytanie – czy można kogoś obwinić za to, że nie mam tego ulubionego, pochłaniającego mnie i dającego energię do życia, zajęcia. Można? Pewnie, że można, zawsze się znajdzie ktoś, kogo można by obwinić – nie szukajmy więc daleko, bo jakże często nie wynosimy wzorców z domu, bo rodzice sami nie mają hobby, bo… przecież pracują. Trzeba jeść, mieszkać, ubrać się, kto by miał czas na jakieś fanaberie! „Co lubię?” to bez znaczenia, przecież są sprawy ważniejsze.

Dorosłość nie polega na lubieniu, dorosłość nie jest przyjemna – to obowiązki i nieprzyjemności. Straszna wizja, ale niestety częsta. Skąd taka postawa? Z dziwnego systemu wartości – najlepsze jest to, co najbardziej płatne. A potem się dziwimy, że wcale nas to nie cieszy, że ciągle chorujemy, że nikt nas nie lubi, nawet sami siebie nie lubimy – bo i za co? Kto lubiłby wiecznie zmęczonego, denerwowanego i zabieganego człowieka, z którym można porozmawiać (a i to raczej w formie awantury) jedynie o pracy? Nie dajemy sobie szansy na zastanowienie się nad tym, co nas uszczęśliwi. Hodowca pomidorów, zarabiający ledwo ledwo, przecież może być szczęśliwszy od Dyrektora. No to skąd się na czas dowiedzieć?! Irytuje mnie robienie list typu „a teraz usiądź wygodnie i wypisz co lubisz robić, w czym jesteś dobry, co sprawia, że czujesz się dobrze” – no fajnie, tylko… ja nie wiem! Właśnie tego nie wiem, więc co mam na tej liście napisać? Znaki zapytania? Lubię czytać – no lubię, i co z tego? Nic. Czy mogę bez książek żyć? Patrząc na zatrważające statystyki, z których wynika, że na jednego mieszkańca Polski przypada jedna przeczytana książka rocznie, to stwierdzam, że raczej większość żyć może. No to lubię oglądać filmy. Wypełniają mi czas, od powrotu z pracy do… w sumie niczego fajnego, obowiązków. Jem przy nich obiad, piję kawę, żeby odzyskać jakikolwiek procent energii… Nie, nie wyobrażam sobie życia bez filmów czy seriali. Wpiszę na listę.

Fantastycznie, tylko to nas do niczego nie prowadzi. Nie o takie lubienie nam chodzi. Czyli są dwa rodzaje lubienia. Jedno, które jest nam po coś, i drugie, to właściwe, które daje nam uczucie mrowienia w brzuchu – i szukamy tego drugiego. „A teraz usiądź wygodnie, odpręż się i pomyśl o swoim idealnym dniu, jak się czujesz, gdzie jesteś, co robisz?”. Czy to zadanie zda egzamin? Pewnie nie. Bo skoro obracasz się w pewnym, nazwijmy to, zamkniętym kręgu czynności, to skąd wiesz co tam wpisać, co sprawi, że poczujesz się lepiej, skąd wiesz, że to co sobie wymarzysz będzie właśnie tym? No, czyli znowu wiemy, że nic nie wiemy. I bardzo dobrze. Trzeba być uczciwym w stosunku do siebie – inaczej nie ma co się zabierać za ciąg dalszy. Na najprostszym przykładzie: kobieta musi wybrać pomiędzy dwoma mężczyznami, z których każdy ma inne zalety. Jeden jest wysportowany i zabawny, a drugi specyficznym intelektualistą. Obaj są dla niej atrakcyjni, ale nie na tyle, by któregoś z nich mogła wybrać. Co zrobić? Odwrócić się od obydwu. Jedyna możliwość, w której nikt nie ucierpi. Po miesiącu czy dwóch odpowiedź sama się znajdzie. Na pewno? Na pewno. I właśnie doszliśmy do pierwszego niezbędnego elementu: czasu. Zmuszanie się do szybkich decyzji na nic się nie zda. A zatem czas! Dalej potrzeba chęci – sama myśl „trzeba by” nie wystarczy – zacznijmy więc od uświadomienia sobie sensu poszukiwań. Bez szamaństwa. I będzie trochę bolało. Myślenie zazwyczaj boli, nawet jeśli nie dosłownie, bo efekty mogą być nieprzyjemne. Hobby masz? Nie? Czyli jesteś w stanie poświęcić z 15 minut dla siebie? Jeśli nie, to znaczy, że jeszcze nie nadszedł twój czas – i to też jest dobre. Przecież nie musisz mieć hobby. Jeśli jednak jesteś w stanie wygrzebać te 15 minut dziennie – zrób to. I przez te 15 minut nie rób nic. Usiądź przy oknie, pogap się na jakiś serial z gatunku tasiemiec, potaplaj się w wannie, poczytaj książkę, chociaż nie – książki nie czytaj; nie oglądaj też niczego interesującego; nie rysuj, nie pisz, nie rozmawiaj z ludźmi; nie wchodź na strony www, na które zwykle wchodzisz; nie rób tego, co zwykle robisz, nawet jeśli dotąd uznawałeś, że właśnie to lubisz robić. Jednym słowem, znudź się. Jeśli masz więcej czasu to nudź się przez 30 minut. Po co? Po to, żeby pobyć ze sobą. Załóż sobie, że to jest czas dla ciebie, 15 czy 30 minut, podczas których się zresetujesz. Ja np. oglądam seriale, takie w telewizji publicznej, w których fabuła jest wciąż ta sama i nie ma znaczenia czy oglądałeś wszystkie poprzednie odcinki czy widziałeś ostatni 2 tygodnie wcześniej, taki reset mózgu. W przeciwieństwie do świadomej części mnie, która czasem za dużo myśli, mój mózg jest bardzo inteligentny i jeśli dać mu szansę, wchodzi na właściwą drogę. Potrzeba tylko energii – i to jest drugi niezbędny element dojścia do prawdy. Jak przychodzisz do domu po pracy, zmęczony i głodny, wściekły na korki, a w perspektywie masz do zrobienia następne nielubiane sprawy, to nic pozytywnego nie wymyślisz, bo ci się nie chce. Zasiądziesz do zaplanowanego leniwienia się i nic z tego nie wyjdzie, bo cały czas będziesz rozmyślał nad swoimi problemami. Napisz albo narysuj na kartce jakieś zabawne hasło, czy zdanie, które przypomni ci, że właśnie teraz się lenisz, np. narysuj Sida Leniwca wiszącego na gałęzi, albo siedzącego pod drzewem, bo mu się nie chciało na nie wdrapać, i podczas leniwienia się wypij kawę gapiąc się w telewizor. Jeśli nie udaje ci się od razu, to się zdenerwuj, nawymyślaj sobie od pracoholików, idiotów czy kogokolwiek tam chcesz – sam przecież wiesz najlepiej dlaczego ci się nie udało – w końcu robisz to dla siebie, więc się nie okłamuj! Jeśli nie chcesz, to przyznaj się, że nie chcesz. Przecież i tak wiesz, że nie chcesz. Może zresetuj się w inny sposób? Ponudź się po prostu. Pogap się bezsensu na serial, poczytaj w Internecie horoskop, plotki o celebrytach czy zrób sobie psychotest: „Czy masz kompleksy?”, „Jaki jest twój ulubiony kolor?”. Ma być na tyle nudne, żeby po kilku(nastu) dniach twój mózg się maksymalnie wynudził. Dopiero wtedy będziesz w stanie ruszyć do przodu. Twój mózg pracuje non stop, nawet w nocy – chociaż podobno mu to nie szkodzi – ale jeżeli założymy, że skończyliśmy już trzydziestkę, to mózg jest w pracy od… policzmy: rok ma 365 dni, czyli 24 godziny, i jeszcze pomnożyć wszystko przez 30… No. Długo. Więc zafunduj mu urlop. Po jakimś czasie, gdy zacznie nadciągać kolejny czas leniwienia się, mózg umęczony nudą, zacznie podsuwać ci wizje zastępczego zajęcia lub zwracać twoją uwagę na konkretne elementy w tym, co robisz. Może będziesz zauważał kolory, wystroje wnętrz, ubrania aktorów (lub przechodniów), może zainteresuje cię co oni w tych serialach jedzą; może zainspiruje cię jakiś budynek i postanowisz coś na działce wybudować – albo najpierw ową działkę sobie zakupić; może mocząc się w wannie roztoczy się przed tobą wizja podróżowania, które wcale nie musi być drogie. Możliwości podążenia drogą w stronę znalezienia twojego hobby są nieograniczone. Ważne: to jest twoje hobby. Nie musisz się zastanawiać, co powie sąsiadka czy żona, czy to, co ci się spodobało będzie zaliczać się do „lepszych” lub „gorszych” hobby, bo co to znaczy lepsze? Czy skakanie ze spadochronem uznajesz za lepsze niż zbieranie znaczków? No, ale jak to porównać? Wołałbyś skakać, czy zbierać znaczki? Bo ja żadne, ale jakbym musiała wybierać, pewnie wybrałabym znaczki, bo bezpieczniejsze. No i latanie jakoś mi nie odpowiada, swobodne spadanie w stronę śmierci, bo przecież spadochron może się nie otworzyć, więc z dwojga złego – zagrożenie życia i nuda – wybieram nudę. Czyli wniosek jest prosty: to, co jeden uważa za powód do dumy, inny uzna za zbędne ryzyko. Adrenalina, tak ważna dla jednych, dla drugich jest czymś niechcianym – nie ma zatem lepszego i gorszego hobby; najlepsze jest to, które ty lubisz. Kropka. A teraz idź się polenić.

Autor artykułu:

[column size=”one-third”]

Luiza Paluchiewicz
Redaktor CoachingINFO

[/column]

You may also like...