Zmiana jest życiem

yellow-926728_1920

Z coachem o tym, co ważne, poważne i niepoważne

Joanna* boi się zmiany. Ta młoda (35) kobieta na dobrze płatnym stanowisku w średniej wielkości firmie, jest zadowolona z siebie, ze swojej pozycji zawodowej i finansowej, a także ze swojego wyglądu (filigranowa wysportowana długowłosa brunetka), ze swojego zdrowia (no, może z jednym wyjątkiem) i – aby dopełnić miarki szczęścia – ze swojego związku. Joanna od dwóch lat mieszka z ukochanym mężczyzną, który nie chce mieć dzieci, a ponieważ Joanna mieć ich nie może (to właśnie ten jeden zdrowotny… hmm… defekt…), więc wszystko pasuje. Joanna prowadzi uregulowany tryb życia: biuro, potem fitness, potem kolacja z Jarkiem, czasem spotkanie z przyjaciółmi, czasem kino lub koncert. Weekendy za miastem, zimą – narty, latem – rower. Dwutygodniowy urlop na południu Europy. Czego chcieć więcej?
Joannę poznałam, gdy zamawiała u mnie coaching dla swojej szefowej. Na pierwszym spotkaniu była super profesjonalna, uzgadniała warunki, omawiała potrzeby i oczekiwania, negocjowała cenę. Na drugim spotkaniu, gdy umowa została już podpisana, wychyliła się ze swej zawodowej roli i westchnęła:
– Podziwiam szefową, w jej wieku chce jej się coś jeszcze zmieniać.
W jej głosie jednak obok podziwu, słychać było głównie brak zrozumienia.
Po kilku miesiącach pracy z jej szefową, także Joanna poprosiła mnie o coaching. Prawdopodobnie nie rozumiała, czym różni się coaching od psychoterapii, bo tym, czego potrzebowała nie było wsparcie rozwoju (tj. coaching) lecz pomoc psychologiczna. Joanna budziła się nocą, zlana zimnym potem, przerażona, że coś zagraża jej spokojnemu życiu, że jej facet odchodzi i ma dziecko z inną kobietą, że ona traci pracę, a potem wypadają jej zęby i włosy, że komornik zabiera mieszkanie, że tyje, że objada się chipsami, że…, że…, że…
– Co uważasz, że warto zmienić w swoim życiu? – spytałam.
– Nic! – wykrzyknęła. Absolutnie nic, chcę by tak trwało zawsze! Chcę być zawsze taka sama i żyć tak samo!

Ale życie to zmiana. Nieustanna i nieuchronna. Wszystko wokół się zmienia. Na dodatek – w zmiennym rytmie i w nieprzewidywalny sposób. Kiedy ty, Joanno, próbujesz za wszelką cenę utrzymać to, co jest, oszukujesz sama siebie. Zmieniasz się z każdym dniem, a nawet z każdą chwilą. Wszystkie komórki twojego ciała zmieniają się i wymieniają. Przed rokiem miałaś lat 34, za rok będziesz miała lat 36, a za 10 lat będziesz zbliżać się do pięćdziesiątki. Brzmi okropnie? Boisz się tego? Nie zgadzasz się na to? Cóż… Chcesz jej, czy nie, póki żyjesz – ona następuje. Masz jednak wybór:
możesz jej się poddawać
możesz ją bojkotować / ignorować
możesz nią sterować
Wybór należy do Ciebie – także sam wybór jest zmianą, którą sterujesz. Także to, że zdecydujesz się zacząć wybierać. Aktywnie wpływać na zmianę, zamiast biernie jej podlegać lub udawać, że jej nie ma.

Wszystko, co żywe zmienia się nieustannie. A dokładniej rzecz biorąc: podlega zmianie i wywołuje zmiany. Zmiana kończy się – w pewien sposób – dopiero wtedy, gdy następuje śmierć (w pewien sposób, bo przecież nasze fizyczne szczątki dalej się zmieniają… ale to całkiem inny temat, podobnie jak rozważania, co dzieje się po śmierci z naszą tożsamością, osobą, duszą…).

Zmiana to młodość. Zauważ, jak bardzo zmienia się człowiek w pierwszej połowie swojego życia – uczy się, rozwija, planuje, eksperymentuje, doświadcza.
Oznaką starości jest skostnienie i zesztywnienie. Nie tylko kości, stawów czy mięśni. Także charakteru, upodobań, a nawet stroju, fryzury, czy samochodu. Łatwo mi wyobrazić sobie Joannę za dwadzieścia lat, wciąż nosi długie rozpuszczone włosy, czarną konturówką podkreśla oczy, wciąż tkwi na tym samym stanowisku… tyle że ma o 20 lat więcej. Czy naprawdę nic się nie zmieniło? A teraz wyobraź sobie Joannę, która przyjmuje do wiadomości, że życie to zmiana. Że dieta, która służyła jej, gdy miała trzydziestkę, sprawi że będzie tyła, mając pięćdziesiątkę. Że facet, który zakochany spędza z nią upojne wieczory, w końcu znudzi jej się, a ona jemu, jeśli nie będzie ich łączyło coś więcej niż tylko wspólne mieszkanie, jedzenie i seks (który także niezmieniany długo, staje się nudnawą rutyną). Że na jej miejsce w firmie pojawią się nowe, coraz inteligentniejsze i zdolniejsze (bo zmiana to rozwój, wbrew temu, co mówią zgorzkniali duchowi starcy – duchowi, bo nie ma znaczenia, czy mają 20 czy 80 lat). Że jeżeli nie będzie zmieniać siebie, dbać o swoją fizyczność (ciało, zdrowie…), rozwijać swoich kompetencji, talentów (ma je każdy, jeśli tylko zechce ich w sobie poszukać), jeśli nie zechce zarządzać swoim życiem, swoją karierą, swoim związkiem… – to zmiana i tak nastąpi, tyle że bez jej udziału i bez jej uczestnictwa, i zapewne nie będzie to dla niej zmiana korzystna.

***

Agata*, szefowa Joanny, miała zdecydowanie coachingowy cel. Coachingowy, czyli rozwojowy. Rozwojowy, czyli taki, który miał doprowadzić do takich zmian, które będą dla niej satysfakcjonujące, pozytywne, konkretne i konkretnie odczuwalne. Powiedziała:
– Nie oszukujmy się, moja młodość się skończyła. Wchodzę w klimakterium. Ale ja nie chcę poddać się starości. Zrobiłam dużo w życiu – ruchem dłoni pokazała otoczenie – choćby ta firma. No i dzieci. Mam taką pokusę czasami, by już sobie odpuścić, usiąść przed telewizorem i pić drinka za drinkiem.
Jako coach, milczałam, pozwalałam jej mówić. Pozwalałam, by opowiadała o tym, jak założyła firmę, jak doprowadziła ją do tego stanu, w którym jest teraz (że praktycznie „już samo hula”). Słuchałam o dzieciach, które radzą sobie całkiem nieźle i o jej zdrowiu, które wymaga, by się nim wreszcie zajęła, chociaż tak w zasadzie („odpukać!”) nic złego się nie dzieje, ale i dobrze też nie jest. Widziałam, że te wszystkie słowa są zaledwie wstępem, przygotowaniem do czegoś ważnego, co sprawiło, że pomyślała, by zatrudnić profesjonalnego coacha. Powiedziała:
– Wie pani, czasami jestem taka zmęczona, że już nic mi się nie chce. Patrzę na tą firmę, na tych ludzi, których zatrudniam, i po prostu mam dość. Patrzę na moją twarz w lustrze – i mam ochotę stłuc to lustro, no ale to siedem lat miłości bez wzajemności, więc nie tłukę, bo mój partner jest ode mnie dokładnie siedem lat młodszy (śmieje się, ale w tym śmiechu jest gorycz). Co on we mnie widzi? Może moje pieniądze? Pozycję? Bo przecież nie to ciało! (ze złością klepie się po udzie, które według mnie jest smukłe, a według niej – jak powie później – nie ma w nim nic prócz cellulitu). Intelekt? Taka głupia to ja nie jestem, by wierzyć, że chłop chce sypiać z moim intelektem! (śmiejemy się obie, trochę to sztuczny śmiech).
– Pani Agato, czego pani tak naprawdę chce?
Zapadło milczenie. Nie było jej łatwo to powiedzieć, musiała wykrzesać z siebie zaufanie do mnie, że zrozumiem i do siebie – że nie będzie żałowała tego, co powie.
– Chcę zmiany. Ale przede wszystkim, chcę, żeby mi się chciało chcieć. Ja wiem, co mam robić, ale co zrobić, by mi się chciało to robić.
– No właśnie – powiedziałam – co zrobić, by się chciało?
– To się nazywa problem z motywacją? – spytała. – Podobno wielu ludzi to ma.
– Nieważne, jak to się nazywa (chyba że chce pani napisać o tym pracę naukową), ważne by to zmienić.
– Hm, tylko jak?
– A czego się pani tak naprawdę chce?

To jest początek i podstawa wszystkiego. Aby wprowadzić w swoim życiu (czyli, mówiąc wprost – w sobie – w swoich zachowaniach, nawykach, otoczeniu, sytuacji, relacji…) zmianę, po pierwsze i najważniejsze trzeba zrozumieć, czemu ta zmiana ma służyć, co naprawdę ma przynieść, jaki ma być jej faktyczny, to jest rzeczywisty, konkretny efekt.
Wbrew temu, co „ludzie mówią”, z moich obserwacji jako coacha (już blisko dziesięcioletnich) wynika, że nie ma czegoś takiego jak problem z motywacją. To tylko najczęściej przykrywka – objaw problemu z określeniem celu. Zdarza się nierzadko, że ludzie stawiają sobie cele, które tak naprawdę nie są ich własnymi celami. Postanawiają wprowadzić coś lub zmienić coś, mają naprawdę (tak uważają i tak twierdzą) dobre zamiary, a potem – nic z tego nie wychodzi.

„Będę codziennie ćwiczyć rano pół godziny”, „Będę we wtorki i czwartki chodzić na siłownię”, „Nie będę jeść po godzinie 19”, „Nie będę pić więcej niż jedno piwo dziennie”, „Zamiast czekolady – od dzisiaj sałata i marchewka” – tyle pięknych postanowień, które prowadzą do frustracji, bo
: nie udało się raz, dwa, trzy razy – więc rezygnujemy.
: pojawiło się coś nagłego, atrakcyjniejszego (poranne poleniuchowanie pół godziny dłużej w łóżku, super impreza akurat w czwartek lub wtorek, drugie piwo z dawno niewidzianym kumplem, późna kolacja w knajpie, na którą w dodatku zaprosił nas nasz najlepszy klient lub przyszły szef, że nie wspomnę o potencjalnym kochanku).
: opór naszych wieloletnich nawyków – neuronaukowcy potrafią go dokładnie oznaczyć jako określone wyrobione połączenia naszych sieci neuronowych w mózgu, które sprawiają, że każda zmiana łączy się z oporem materii. To trochę tak jak w korporacji, każda zmiana idąca od góry, powoduje opór i niechęć na niższych szczeblach. Tak i nasze ciało sprzeciwia się i opiera naszym decyzjom – ból mięśni nie pozwala regularnie ćwiczyć, wieczorny niepohamowany apetyt sprawia, że znów do dna opróżniamy lodówkę. Ciało potrafi być sprytne, może nawet posłużyć się pamięcią i, a raczej – brakiem pamięci lub wręcz… spostrzegawczości. Po prostu zapominamy („o kurczę, przecież miałam iść na siłownię!”) lub nie zauważamy („cholera, nawet nie zauważyłem, kiedy wypiłem trzecie piwo”).
Frustracja wyraża się zwątpieniem i zniechęceniem: „na co mi to?”, „czy warto się tak wysilać?”, „i tak mi się nie uda!”. Potem mówimy, że zabrakło nam motywacji.
Powiem tak: w tym wypadku motywacji prawdopodobnie nigdy nie było, bo nie było prawdziwego celu.
Czym jest taki prawdziwy cel? To coś, co uskrzydla. Co sprawia, że się chce. To coś, co już kochasz, a kochasz to znaczy prawdziwie tego pragniesz, i wówczas, aby to osiągnąć, aby to mieć, aby (z) tym być – gotów jesteś i na wysiłek i na zmagania i na niepowodzenia, które wtedy nie są dla ciebie porażką lub klęską, a tylko nauką i okazją do rozwoju. Masz cel = masz motywację. Problem w tym, że nieraz zdarza się, że ludzie biorą środek za cel. A środek nie motywuje, do czasu, gdy nie odkryjesz jakiemu celowi ma służyć.
Agata już wie.
Joanna nie wie jeszcze i póki nie zechce się dowiedzieć, będzie szukać pomocy u psychoterapeutów.

***

Na zakończenie opowiem Ci jeszcze o Wiktorze*. Wiktor, wybitny informatyk, po trzydziestce, od kiedy skończył studia, zmagał się z nadwagą. Narastającą. Dobre zarobki, coraz lepsze. Mało wolnego czasu, coraz mniej. Praca siedząca, wielogodzinna, wciągająca, wymagająca energii umysłowej, a umysł jak wiadomo najlepiej pracuje, gdy się go karmi batonikami i colą. Zamiłowanie do sportu – zerowe. Zamiłowanie do tłustego jedzonka po pracy, przed telewizorkiem – a i owszem, spore. Wciąż miał zabrać się za siebie – ćwiczyć, biegać, chodzić na basen, chodzić na siłownię, jeść zdrowo (mniej, mniej tłusto, regularnie, nie po nocach). I ciągle nic. Brakowało mu, jak mówił, motywacji. A ja powiem wprost: nie chciało mu się, bo nie widział celu. No i pewnego dnia – dostał cel i wraz z nim motywację. Jego dziewczyna rzuciła go ze słowami: „wstyd mi się pokazywać z takim tłustym wieprzkiem”. Niefajnie. Można się było załamać. Zamiast tego, Wiktor się wściekł. Oprawił w ramkę zdjęcie tej dziewczyny i nie rozstaje się z nim prawie. Nosi je w kieszeni, kiedy biegnie do pracy i z pracy do domu, zamiast jak dotychczas jeździć samochodem. Spogląda na nie, gdy zamawia befsztyk bez frytek i kawę bez cukru. Robiąc poranne i wieczorne brzuszki i pompki, przemawia do niego na głos słowami, których ze względu na dobre obyczaje nie mogę zacytować, lecz w przełożeniu na kulturalny język brzmiałyby one mniej więcej tak: „ja ci, ty niedomyta i nadmiernie zużyta seksualnie prostytutko, córko niedomytej i nadmiernie zużytej seksualnie prostytutki, jeszcze pokażę niedomytego i nadmiernie zużytego seksualnie wieprzka, aż będziesz kwiczeć i oddawać mocz, gdy zobaczysz jakie boskie ciacho straciłaś przez swój bezdenny prostytucki i niedomyty i seksualnie nadmiernie zużyty niedorozwój umysłowy!”.
Wiktor do swojego celu mknie jak burza, już zrzucił 18 kilo i na jego brzuchu zaczyna się rysować apetyczny kaloryferek. Ma cel, ma motywację. Motywacja i cel to coś, co wiąże się z emocjami, z mocnymi, prawdziwymi emocjami. Niekoniecznie pozytywnymi (miłość), czasem dobrą motywacją bywa nawet wściekłość, pod warunkiem, że ją sobie uświadomisz. Prawdziwy cel = prawdziwe emocje = prawdziwa motywacja. Wtedy to Ty tworzysz zmianę, a nie ona Ciebie. Tertium non datur – jak mawiali starożytni Rzymianie – trzeciego wyjścia nie ma.

* Oczywiście zmieniłam imiona oraz wszelkie okoliczności, tak by moim klientom zapewnić bezwzględne bezpieczeństwo i dyskrecję.

Autor artykułu:

[column size=”one-third”]


[/column][column size=”two-third” last=”true”]
Ewa Mukoid

Dr Ewa Mukoid PCC ICF, filozof i przedsiębiorca, twórca i dyrektor Instytutu Komunikacji i Rozwoju oraz kierownik Studiów Zawodowych Coachingu ACSTH. Akredytowany profesjonalny Coach i Mentor Coach ICF.

więcej na: mukoid.com oraz na stuzawco.com

[/column]

You may also like...